Bóg wybawił moją córkę od śmierci i kalectwa

Kamil Formela

Zacznę od tego, że w roku 2003 moja żona – Kasia – zaszła w ciążę. To były bliźniaki, które nagle w 10 tygodniu ciąży obumarły. Byliśmy wstrząśnięci, nie potrafiliśmy zrozumieć przyczyny. Dziś już wiem, że przyczyną była nienawiść diabła do mnie i moja niewiara w Boże obietnice.

Modliliśmy się o ich wskrzeszenie, dwukrotnie przesuwając zabieg ich usunięcia, ale nic takiego się nie wydarzyło. Kiedy krzepliwość krwi Kasi spadła do niebezpiecznego poziomu, nie czekaliśmy już dłużej. Pożegnaliśmy bliźniaki, oddając je w ręce Pana.

Na początku 2004 roku znowu dowiedziałem się, że będziemy mieli dziecko. Początkowo ciąża przebiegała bez zakłóceń, ale już po kilkunastu dniach ponownie zaczęły się kłopoty. Ze względu na mnogość spadających wówczas na nas problemów (szczególnie o charakterze zdrowotnym, finansowym i mieszkaniowym) był to dla nas bardzo ciężki okres. Byłem świadomy, że cel tych opresji był jeden: zgasić naszego ducha i odwlec nas od następnych kroków w podążaniu za Panem. Czułem, że zaczyna brakować mi wiary, że potrzebuję zbudowania. Wiedziałem, że jest mi potrzebny duchowy przełom. Tylko tyle. Postanowiłem „pojechać po ten przełom” do Warszawy na konferencję z udziałem pastora Sundey’a Adelaja. Tymczasem niespodziewanie na dwa tygodnie przed jej rozpoczęciem trafiłem do szpitala z poważnymi objawami (pierwsza diagnoza: zapalenie nerek).

Ostatecznie okazało się, że diabeł nie dostał prawa dotknięcia nerek, ze szpitala wyszedłem szybko. W międzyczasie jednak komplikacje ciąży nasiliły się – lekarz stanowczo zabronił Kasi wyjazdu. Z powodu kosztów leczenia opustoszało nam też konto bankowe – pojechałem więc przez wiarę – jedynie z kartą kredytową i małą gotówką pożyczoną ze skarbonki mojego synka – Jonasza (po powrocie oddałem :-)).

Pojechałem. Podczas jazdy, na godzinę przed dotarciem na miejsce konferencji zadzwoniła przestraszona Kasia, mówiąc, że krwawi. Objawy były w zasadzie identyczne jak przy poprzedniej ciąży, kiedy dowiedzieliśmy się, że dzieci nie żyją. Modliłem się o to w samochodzie, ale nie czułem pokoju. Czułem, że ta sprawa wymagać będzie walki. Czułem, że diabeł próbuje wykorzystać moją nieobecność dla swoich celów.

Niemal natychmiast po dotarciu na miejsce spotkałem znajomego, z którym podzieliłem się leżącym na sercu problemem. Podszedł on do prowadzącego konferencję pastora Andrzeja Stepanova, który przerwał program konferencji. Wtedy wszyscy – kilkaset osób – z mocą i wiarą zaczęliśmy modlić się o tą sprawę (a także o syna pastora Andrzeja – Dawida). Jeszcze jakiś czas trwało, zanim w modlitwie znalazłem pokój. Poczułem, że ciemność – która wcześniej jakby okrywała Kasię – została gwałtownie rozproszona przez światło, wraz z którym przyszła wolność. Czułem, że pomimo że diabeł ryczy krążąc wokół mojej żony, nie ma on już do niej przystępu. Czułem też w sercu, że jeszcze coś musi się wydarzyć. Wydawało mi się, że dziecko potrzebuje wskrzeszenia.

Cała konferencja – tak głoszone tam Słowo, jak i namacalna Obecność Jezusa okazały się być przełomowe dla mojej wiary. W zasadzie każde Słowo głoszone przez usługujących było proroctwem do mnie. Bóg wskazywał mi drogę, kazał mi się uczepić siebie bez względu na okoliczności.

Rabin Borys powiedział też, że dwóm rodzinom Pan zwraca utracone dzieci. Wśród nich jedno zwrócone miało zostać po dwóch dniach. To słowo trafiło mnie w serce, że aż zabrakło mi tchu. Poczułem przeszywające dotknięcie, jakby ktoś mocno dotknął palcem moją pierś. Wiedziałem, że to słowo było do mnie.

W drugim – dla mnie ostatnim – dniu konferencji dwukrotnie Pan okazał mi łaskę poprzez rabina Borysa. Najpierw podczas indywidualnej modlitwy – przekazał mi on słowo prorocze, łamał przekleństwo i błogosławił mnie. Potem, pod koniec wieczornego zwiastowania mówił, że Bóg już teraz czyni wśród nas niezwykłe rzeczy – wymieniał rodzaje uzdrowień etc. Powiedział też, że dwóm rodzinom Pan zwraca utracone dzieci. Wśród nich jedno zwrócone miało zostać po dwóch dniach. To słowo trafiło mnie w serce, że aż zabrakło mi tchu. Poczułem przeszywające dotknięcie, jakby ktoś mocno dotknął palcem moją pierś. Wiedziałem, że to słowo było do mnie. Uwierzyłem i chwaliłem Jezusa.

Obejrzyj również film na Chrzescijan.tv o Tosi Wszystko jest możliwe: Tosia

Po powrocie do domu podzieliłem się z Kasią tym, co przeżyłem i usłyszałem. Było jej ciężko wszystko to przyjąć. W poniedziałek (to był ów drugi dzień) poszła na usg, na którym okazało się, że serduszko bije, a dziecko rozwija się prawidłowo (jeszcze w czwartek podczas wizyty ten sam lekarz stwierdził, iż jest prawdopodobne, że „ciąża może być martwa – tak jak poprzednio”; tak duża różnica objawów w ciągu zaledwie 3 dni!!!).

Nastał krótki czas stabilizacji. Następne tygodnie niosły jednak pewne zagrożenia związane z funkcjonowaniem ciąży (choć samo dziecko rozwijało się prawidłowo).

Wreszcie na przełomie maja i czerwca wynik kolejnego z badań usg zelektryzował nas. Okazało się, ze w główce dziecka jest duża torbiel. Natychmiast skierowano nas do najlepszego specjalisty w dziedzinie usg prenatalnego w Trójmieście. Znów zaczęliśmy walczyć o życie maleństwa.

Przekrój poprzeczny główki miał 35 mm, podczas gdy torbiele miały 16×10 i 14×9 mm. Na zdjęciu wyglądały jak półkule mózgu. Jednak ku zdziwieniu lekarza, poza torbielami dziecko rozwijało się prawidłowo! Przy tak dużej nieprawidłowości to nie powinno mieć miejsca.

Przeprowadzone tam szczegółowe badanie wykazało, że dziecko ma w główce DWA ogromne torbiele, które zajmowały niemal całą przestrzeń w czaszce, w której powinien znajdować się mózg. Konkretnie: przekrój poprzeczny główki miał 35 mm, podczas gdy torbiele miały 16×10 i 14×9 mm. Na zdjęciu wyglądały po prostu niczym półkule mózgu. Jednak ku zdziwieniu lekarza, poza torbielami dziecko rozwijało się prawidłowo! Przy tak dużej nieprawidłowości to nie powinno mieć miejsca.

Lekarz gdy to zauważył, natychmiast zapytał, czy rozważaliśmy aborcję…

Powiedział, że w życiu nie widział, by tak wielkim torbielom udało się zniknąć. Ich istnienie w główce natomiast byłoby dla dziecka zabójcze. Przy najlepszym możliwym rozwoju wydarzeń maleństwo miało być ciężko upośledzone. Skierował nas zatem do profesora – genetyka. Ten, oglądając wyniki, natychmiast zasugerował aborcję. Odmówiliśmy. Profesor powiedział, że w życiu nie widział tak wielkich torbieli (w stosunku do wielkości głowy). Dziwił się przy tym również prawidłowemu rozwojowi dziecka.

Tymczasem moja żona i ja ufaliśmy, że Pan poniósł również tą chorobą na krzyż. Modliliśmy się, a wraz z nami cały nasz kościół. Oparliśmy się o Słowo Boga, nie o słowo człowieka, choćby to nawet miał być mądry profesor. Z takim nastawieniem trwaliśmy również wtedy, kiedy Kasia musiała udać się do szpitala na podtrzymanie ciąży. Walka na śmierć i życie trwała. Po trzech tygodniach stała się rzecz niezwykła. Torbiele zaczęły maleć.

Po kolejnych trzech tygodniach moja żona ponownie poszła na badanie usg do wspomnianego doktora – specjalisty. Jakież było jego zdziwienie, gdy pomimo USILNYCH poszukiwań nie znalazł śladu torbieli w główce! Mało tego, dzieciątko rozwijało się w sposób modelowy – IDEALNY według tabel – wszystko dokładnie tak, jak powinno być. Dowiedzieliśmy się, że maleństwo jest dziewczynką. Postanowiliśmy, że damy jej imiona Antonina (gr. wojowniczka, gdyż stoczyć musiała ciężkie walki) i Anna (hebr. Chwała – Bogu na chwałę)

Zbliżał się termin porodu. W międzyczasie zaniknęło także zwapnienie w serduszku Antosi, jednakże diabeł próbował dotknąć jej z innej strony – zaczęły się poważne kłopoty z łożyskiem. Jednakże i przez to przeszliśmy zwycięsko przez wiarę, stojąc na Słowie z księgi Izajasza, że jeżeli Bóg umieszcza dziecko w łonie, to po to, by doprowadzić do jego prawidłowego porodu.

Sam poród również był niezwykły, a Boża opieka – ewidentna. Ostatnią diabelską próbą było dwukrotne owiniecie Tosi tuż przed porodem – pępowiną. Bóg objawił tą sprawę jednej z sióstr z kościoła, która modliła się niwecząc skutki tego planu. I rzeczywiście – Bożą odpowiedzią był tak szybki poród, że owinięcie to nie zagroziło zdrowiu małej (nawet lekarz nie zdążył dojść na porodówkę – poród odebrała zaskoczona położna). Dziecko urodziło się zadziwiająco szybko i bez komplikacji. Całkowicie zdrowe, co potwierdziły późniejsze badania.

Tosia 13 listopada 2012 roku skończyła 8 lat. Jest śliczna, zdrowa i bardzo dobrze się rozwija. Jedyna pamiątka po morderczej walce stoczonej o jej życie to (oprócz zdjęć usg i ich opisów) ślady po torbielach wewnątrz głowy (niegroźne i niewidoczne) – świadectwo Bożej łaski i mocy.

Chwalimy Boga, bo NIE MA DLA NIEGO RZECZY NIEMOŻLIWYCH! Wyrok śmierci obraca w życie!

Bóg pozwala nam, wybawionym z ręki wrogów, bez strachu służyć Mu i zwyciężać. Alleluja!!!